Słyszeliście kiedyś, że niewarto mieć marzenia i powinniście być realistami? Bo ja bardzo często... Od zawsze nie potrafiłam tego zrozumieć. Bo co złego jest w tym, że mam pasję, cele, do czegoś dążę i staram się nie poddawać, mimo przeciwności?
Gram zawodniczo w tenisa i od początku czułam, że nie jest to sport dla takich osób co ja. Przez to jak bardzo jest drogi, niewielu ma możliwość trenować go zawodniczo w naszym kraju. O ile nie ma się bardzo bogatych rodziców, jest się na straconej pozycji już na starcie. To przykre, ale taka jest rzeczywistość. W dodatku w moim rodzinnym mieście, kiedy ja zaczynałam grać, na poziomie zawodniczym tenis właściwie nie istniał.
Musiałam trenować o 4 nad ranem by mieć taniej kort, grać w deszczu na podwórku, zimą w mrozie bez ogrzewania. Sama robiłam treningi motoryczne biegając interwały między latarniami o wschodzie słońca albo rozkładając pachołki na placu zabaw. Jak nie mogłam trenować na korcie, to grałam woleje o mur na moim osiedlu stojąc na jezdni czy serwowałam na osiedlowym boisku piłkarskim. Chyba częściej trenowałam bez trenera niż z nim... Jednak nie potrafiłam odpuścić, mimo że wszyscy wokół albo się ze mnie śmiali albo mówili, że to nie ma sensu i tracę tylko czas oraz pieniądze. W weekend mówiłam rodzicom, że idę do kina dwie ulice dalej, a w rzeczywistości zupełnie sama jechałam pociągiem ponad 200km do Warszawy zagrać trening z bardzo dobrym trenerem i późnym wieczorem wracałam do domu. Chcąc zagrać turniej kłamałam, że nocuję u koleżanki, a naprawdę jechałam sama pociągiem na drugi koniec Polski...
Miałam też kilka z rzędu bardzo poważnych kontuzji. Najpierw zerwałam więzadło krzyżowe w kolanie i miałam operację. Trenowałam siedząc na krześle na korcie, jak nie mogłam chodzić - pływałam itd. Po nieco ponad roku wróciłam w pełni do zdrowia i gry, ale... po 3 miesiącach zerwałam więzadło poboczne w kostce. Czekała mnie kolejna operacja, kolejne treningi siedząc na krześle i wszystko zaczęło się od początku. Po około roku znów wróciłam w pełni do gry meczowej. Rywalizowałam około 6 miesięcy, a potem... znów zerwałam więzadło krzyżowe (acl) w operowanym już wcześniej kolanie. Byłam mocna fizycznie, nie wróciłam za wcześnie i miałam dobrą rehabilitację. Sam lekarz nie wiedział dlaczego to się stało, ale podobno czasem winna jest po prostu anatomia budowy stawu i to, że jestem dziewczyną. Wszyscy mówili mi, że muszę mieć kolejną operację... Jednak to byłoby już za dużo. Wiedziałam, że nie mogę ciągle trenować siedząc na krześle, robić sztuczki zamiast normalnie grać. Wiedziałam jak powinnam trenować i naprawdę nie był to dla mnie łatwy okres psychicznie. Dosłownie w każdej chwili czułam jak inni mi uciekają. Wiedziałam, że jeśli chcę grać zawodniczo, muszę wracać w tej chwili i nie mam już czasu.
Wszyscy mówili mi, że to niemożliwe. Mówili, że jestem za młoda na zostanie kaleką i powinnam zapomnieć o tenisie, a myśleć o reszcie życia. Miałam nie dać rady pójść nawet na dłuższy spacer. Sam lekarz i tak wpisał mnie w kolejkę na operację mówiąc, że wrócę jak już zrozumiem, że to koniec. Jednak ja nie wróciam! Pomyślałam sobie, że jeśli nie dam rady, to raczej poczuję. Nie umiałam uwierzyć im wszystkim tylko na słowo. Wzmacniałam nogę, powoli robiłam coraz więcej aż wróciłam całkowicie nie tylko do sprawności, ale i zawodniczej gry - do rywalizowania w turniejach ITF, Mistrzostwach Polski czy trenowania nawet po 6 godzin dziennie. Obecnie nie czuję żadnej róznicy z drugą nogą.
Bedąc w kontuzjach zaczęłam zastanawiać się nad tym, czym jest sukces. Nie wiedziałam, co tak naprawdę musiałam osiągnąć, do czego tak usilnie dążyłam każdego dnia. Postanowiłam porozmawiać z najróżniejszymi ludźmi - od bezdomnych po milionerów. Rozmawiałam z reżyserką filmową z Islandii na kamerce, z prezesami dużych firm, ale też z brukarzem na ulicy czy ludźmi bezdomnymi w zamian za kanapkę :) Pytałam ich o to, czym jest sukces, czego żałują z perspektywy czasu czy jakie mają rady młodym ludziom. Dużo się nauczyłam i efektem tego projektu jest książka "Sukces. Rozmowy z ludźmi od bezdomnych po milionerów".
Kiedy wróciłam już do zdrowia, to na jednym turnieju ITF poznałam koleżankę z Włoch i powiedziała mi jak wygląda trenowanie w akademiach w jej kraju, ile za to płaci i jakie ma warunki. Wtedy wiedziałam już, że muszę tam wyjechać. Średnio miesiąc tam kosztuje tyle co 4 dni w Polsce. To była jedyna szansa by zacząć trenować na równi z innymi zawodniczkami, bo nie da się rywalizować na międzynarodowym poziomie z osobami mającymi sztab ludzi wokół siebie, a samemu trenować na ulicy i grać na korcie mniej niż niejeden amator...
Od kiedy jestem w Tennis Training School, w 2025r wygrałam kilka narodowych turniejów włoskich, kilka razy zostałam finalistką, a w lipcu grałam w 99. Narodowych Mistrzostwach Polski i po raz pierwszy byłam w turnieju głównym, a mecz 1 rundy wygrałam 6/2 6/1 odpadając dopiero z Niką Hurkacz, która jest już notowana w rankingu WTA (gratki, Nika!)
Wciąż nie jest mi łatwo, bo jestem tak napawdę zupełnie sama na drugim końcu Europy. Czasami brakuje mi większego wsparcia i bliższej relacji z trenerem, ale w takich chwilach często przypominam sobie moją drogę. Lubię chodzić sama na kort i po prostu na nim siedzieć - patrzeć na siatkę i ziemię przede mną... Widzę tam tę dziewczynkę serwującą w ulewie samej, biegającą między liniami o 4 rano na zamarźniętym korcie czy machającą cienie, kiedy nie miała nawet piłek. Wciąż widze to wszystko... i jestem z niej dumna :) Czuję wtedy, że ja już wygrałam i nic tak naprawdę nie muszę.
Jednak nawet płacąc tak mało w porównaniu do Polski, to wciąż nie raz za dużo dla mnie... Tak naprawdę nie jestem pewna, ile będę mogła jeszcze trenować, bo żyję z miesiąca na miesiąc robią wszystko by zarobić i znaleźć pieniądze na jeszcze jeden miesiąc. Nie jest to ani łatwe psychicznie, ani komfortowe do trenowania, kiedy nie jestem pewna tej podstawy - możliwości rozwoju i stawania się lepszą. Tak naprawdę praca jest dla mnie najważniejsza. W końcu wszystko można poprawić lub się nauczyć - fizycznie, technicznie, taktycznie czy mentalnie. To tylko kwestia treningów i ich jakości. Nie jest jednak łatwo, kiedy tak bardzo mi na tym zależy, a nie mogę być pewna nawet tej bazy - możliwości pójścia na trening i pracy z dobrym trenerem. Nie raz czuję po prostu bezradność widząc, że robiąc nawet absolutnie wszystko, to wciąż za mało...
Jednak doceniam to, gdzie jestem i że jakoś póki co daję radę, ile "niemożliwych" rzeczy już zrobiłam. Największą satysfakcję daje mi możliwość inspirowania, nawet już moją dotychczasową historią, innych. Lubię być żywym przykładem, że jednak warto mieć marzenia, dążyć do czegoś i nie poddawać się, nawet gdy jest trudno.

Dlatego teraz będąc w Polsce, 15 listopada 2025 r. zorganizowałam spotkanie z młodymi podopiecznymi fundacji FAR na kortach Arena Tenisa w Piasecznie. Trochę pobawiliśmy się tenisowo, pokazałam im moją książkę, trochę porozmawialiśmy, a także przygotowałam na to wydarzenie specjalny filmik z udziałem różnych znanych osób odpowiadających na pytanie: "Jak spełniać marzenia?" Były też prezenty i owocowy poczęstunek :)
Lubię robić takie rzeczy, bo to naprawdę sprawia mi ogromną satysfakcję. Nie musiałam tego organizować i nawet nikt mi nie pomagał. Zrobiłam to tylko dlatego, bo chcę być taką osobą, jaką sama chciałabym kiedyś spotkać, gdy wszyscy wokół mówili mi, że nie warto wstawać przed 4 rano, że nie warto trenować samej w deszczu i zimnie, że nie ma sensu bo coś... Ludzie zawsze będą mówili, że jesteś za młody lub za stary, za duży lub za mały, za chudy lub za gruby itd. Jednak ograniczenia innych nie muszą być naszymi. Co oznacza to słynne bycie realistą? Skąd wiemy czy coś jest realne czy nie, dopóki tego nie zrobimy? Oczywiście, nie ma gwarancji sukcesu, ale tak samo jak nie ma też gwarancji porażki. Poza tym, czym tak naprawdę jest ten słynny "sukces"? Uważam, że warto mieć marzenia, dążyć do czegoś każdego dnia, czuć że ma się cel w życiu i po prostu czuć, że się żyje. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie nigdy nie zrozumieją mnie osoby, które nigdy tego nie czuły i nie wiedzą jak to jest jechać przed 4 rano w ciemności i deszczu rowerem na kort na drugim końcu miasta... z uśmiechem na twarzy niemogąc się doczekać. Na niektóre rzeczy nie mam wpływu i być może rzeczywistość (finansowa) zakończy tę historię, ale nawet już teraz myśląc o tym wszystkim, czuję dumę, że tyle razy nie odpuściłam. Nawet, jeśli wkrótce to się skończy, to niczego nie żałuję i ten czas był zdecydowanie najlepszy w moim życiu.
Link do relacji z wydarzenia:
Komentarze